Uwaga, złodziej!
Link 24 grudnia 2011 0% cukruOkradziono mnie w domu. Wiem, kto to zrobił, ale nie mam dowodów, bo nie przyłapałam go na gorącym uczynku. Byłam w pracy. Moja przyjaciółka, która w tym czasie siedziała w domu, musiała wyjść na pół godziny. Że nie miała klucza do mojego pokoju zostawiła drzwi otwarte. Znaczy nie zamknięte na klucz. Od współlokatora pożyczyła klucz do drzwi fronotowych. James wiedział więc, jak długo jej nie będzie, bo sama mu o tym powiedziała. Miał dość czasu, by wykorzystać sytuację.
Zginęły tylko pieniądze na wynajem. Złota biżuteria, która leżała na tej samej półce, okulary Versace, czy większy wartościowy sprzęt elektroniczny pozostały nietknięte.
James nie ma regularnej pracy. Jest freelancerem. Tisa dzień wcześniej słyszała jego rozmowę telefoniczną, w której kłócił się z kimś, że nie jest uzależniony od trawy. Moje wnioski płyną więc w tym kierunku - prawdopodobnie wisiał komuś kasę, więc zajrzał do mojego pokoju,w którym bywał już wcześniej na pogaduszkach (miał czas, by go obczaić, a notes z pieniędzmi był wyeksponowany, by landlord nie miał problemu z jego znalezieniem podczas mojej nieobecności), zabrał pieniądze i nara. Cały miesięczny rent.
Skąd wiem, że to on? Już wcześniej mieliśmy w domu problem ze znikajacą żywnością, czy moimi kosmetykami, ktore trzymałam w łazience. Problemy pojawiły się, gdy tylko James się wprowadził. Facet jest inteligentny, nie odmawiam mu tego. Studiował kryminalistykę, specjalizował się w forensic psychology (nie wiem, jak to przetłumaczyć na polski. Psychologia śledcza?). Wie, jak stworzyć pozory włamania (nie było śladu takowego), pamięta o niezostawianiu odcisków palców. Koleżanka zostawiła niedomknięte okno, bo czasem sama z niego korzystała, by dostać się do domu. Wystarczyło pociągnąć ramę okna i gotowe. James zostawił je więc szerzej otwarte i później, gdy zawitała policja, rozpowiadał wszystkim w domu, że ktoś się do mnie włamał. Na moje pytanie, dlaczego ktoś by się włamywał, by zabrać tylko pieniądze bez innych dość małych, ale drogich i łatwych do wyniesienia przez okno rzeczy, nie odpowiedział nic.
Jest wyjątkowo kiepskim aktorem. Gdy policjant spotkał innego współlokatora w kuchni, James wyszedł z pokoju z teatralnym "nooooo", gdy usłyszał, co się stało, po czym przywędrował do mojego pokoju, sprzadając samego siebie, mowiąc: "zauważyłem, że gdy Tisa wyszła, drzwi do twojego pokoju były niedomknięte. Myślałem, że byłaś w środku". Tisa zostawiła je w takim stanie, by sama wiedzieć, czy ktoś nie wchodził do środka podczas jej nieobecności. Po powrocie zastała je w tym samym stanie. Na moje James wykazał się niezłym okiem do szczegółów. I głupotą. Po co Tisa pożyczałaby od niego klucze, skoro według niego byłam w domu i mogłam jej sama otworzyć drzwi? Tym sposobem moje wątpliwości z dotychczasowych 95% urosły do stu.
Po całej akcji były jeszcze drobne pajacyki z Facebookiem, gdzie James wykazał się totalnym debilizmem, ale mój procent pewności nie mógł już wzrosnąć, więc pozostał mi już tylko śmiech.
I tak też wyglądał mój wstępniak do świąt. Dobrze, że zauważyłam brak pieniędzy tego samego dnia, w którym zniknęły. James nie miał tym samym zbyt dużo czasu na wymyślanie historyjek.
Nie jestem wkurzona, ani zapłakana. Raczej rozczarowana. Mieszkam z tymi ludźmi pod jednym dachem i nigdy wcześniej nie było takiego problemu. Teraz jest tylko wielka wątpliwość co do ich intencji i komplenty brak zaufania. Od wczoraj zamykam pokój na klucz, gdy idę brać prysznic. Paranoja. Latem drzwi do pokoju pozostawały otwarte na oścież, gdy ja i znajomi siedzieliśmy w ogrodzie. Zero problemu. I nagle buch!
No nic to. Dziś jadę do brata, a ten w depresji, bo stałej pracy wciąż nie ma, a do tego wczoraj zgubił dniówkę. Swoje smuty zachowam dla siebie. Wesołych Świąt!
Link 18 listopada 2011 0% cukru
Piękny dzień. Wolny od pracy. Słoneczny. Poranny papieros i kapucino zaliczone. Owocowe śniadanie. Dobry humor nie zakłócony przez nikogo (jeszcze). Nierób wprawdzie mnie wkurzył dwa dni temu i czekam na rozprawienie się z nim w cztery oczy, ale na razie się tym nie kłopoczę. Szpermam w necie, TV gra śniadaniowe wydanie BBC. Jest fajnie.
Link 05 listopada 2011 0% cukru
Stres stresy stresem pogania. Zaczęłam fajczyć. Kiepska wymówka, sianowate wytłumaczenie, ale na razie nikotynowy śmierdziel daje chwilę ulgi. Kolejna fascynacja po zalewaniu się piwskiem, stąd wiem, że i tak wkrótce przeminie. Jak wszystkie inne zakupoholowe i tym podobne epizody. I tyle u mnie.
Fuck my life [wyprawa do Nottingham]
Link 18 października 2011 0% cukruFragment korespondencji na Facebooku:
wracałam z wyprawy do nottingham. miałam pociąg o 12:28. tisa miała tego dnia zajęcia na uczelni i zdecydowałyśmy, że zabierze mnie na kampus, gdzie miałam sobie poczekać aż ona skończy dwa wykłady, a potem miala mnie wpakować do odpowiedniego autobusu, który miał mnie zawieść na stację. ale że tisa do przewidujących nie należy to zaliczyłam 10-minutowe spóźnienie autobusu, który nigdy się nie spóźnia. potem utknęłam w korku, bo rozkopano ulice wokół uniwerystetu. trasa przez miasto trwała dobre pół godziny, gdy kierowca powiedział, że bus is out of service, proszę się przesiąść do kolejnego, w którym znowu musiałabym zapłacić, a nie miałam już kasy. poza tym była już 12:26, więc przestałam się łudzić, że zdążę. modliłam się już tylko o możliwie niską cenę nowego biletu, ale bóg nie słucha ateistów, więc zapłaciłam za bilet w jedną stronę 51.50!!! a ja mam, k..., kredyty, ja mam, k..., wszystko i jeszcze doszła mi do tego ta suma, bo tisa ma zasadniczo wyjebane i jako chodzący chaos nie bardzo się przejmuje, że coś MOŻE się stać. ona myśli, gdy się JUŻ stanie. jestem już w domu i chociaż spędziłam naprawdę miły czas w nottingham, to jakoś końcowy zimny prysznic zdołował ogólne wrażenie z wypadu.
Link 30 września 2011 0% cukru
Anglia nie sprzyja trzeźwości. Alkohol jest wszędzie i często. Nie wiem, skad pogłoski, że Brytyjczycy upijają się kieliszkiem wódki, ale mogę - uczona własnym doświadczeniem i obserwacjami - powiedzieć, że to nieprawda. Piją dużo i niezdrowo dla otoczenia, bo gdy polskie zabawy zapamiętałam jako "ciche", bo domowe, libacje, tak tutaj trzeba się koniecznie urżnąć w trupa, a potem wyjść na miasto i wtedy Bóg wie, co się może zdarzyć. Imigranci często przejmują ten zwyczaj od miejscowych. Chyba że ma się wiekszy problem z promilami i pić zaczyna wczesnym południem.
Powoli wkradam się do tej drugiej grupy. Złym obyczajem jest pić przed 18.00, a ja właśnie zolę whiskey, choć jeszcze nie ma 12.00. Za dużo stresu. Takiego cichego, ukrytego. Niby wszystko gra, dużo się śmieję, sypię żartami z rękawa, ale czasem coś podejdzie i nara. Nawet cały dzień z głowy. A to tylko atrakcje typu extra. Do tego dochodzą naturalne zjawiska typu pms. Tylko całować ściany z rozbiegu.
Odsuwam od siebie każdego, kto raz mi podpadnie. Jakoś po dwóch latach toksycznego związku i nieustannym uczuciu bycia wykorzystywanym stwardniałam na kamień i nie daję nikomu drugiej szansy. Ostatnio baty dostały się koleżance; takiej naj, naj. Mało teraz rozmiawiamy. A mi nie jest nawet przykro. I tak długo ją niańczyłam.
(bla, bla, bla)
Idę coś obejrzeć. Mam na dysku Listę Schindlera, ale jakoś nie mam okazji i chęci wykrzesać 3 godziny na obejrzenie pogromu Żydów. Tym bardziej, że za oknem skwar. Nic to. Ahoj!